Weszło: Wywiad z Andrzejem Borowskim

Skomentuj

Fragment wywiadu serwisu Weszło z Andrzejem Borowskim.

Spotykamy się na zapleczu serwisu urządzeń elektrycznych. Od czasu do czasu naszą rozmowę przerywają krzątający się pracownicy lub klienci. Nie byłoby powodu, by wspominać wam o miejscu, w którym przeprowadzany jest wywiad, gdyby nie fakt, że ta rodzinna firma odegrała bardzo dużą rolę w karierze mojego rozmówcy. A może przygodzie? To nie tak łatwo ustalić, bo to lokalna legenda. Może pochwalić się strzeleniem 499 goli dla swojej Chojniczanki, a generalnie 640 ligowymi trafieniami. W ciągu 18 lat królem strzelców zostawał 13 razy. Albo 14, nie do końca pamięta. Z drugiej strony w ekstraklasie zagrał tylko kilkanaście razy dla mocnego Widzewa i gola nie strzelił. Oceńcie sami. Poznajcie historię Andrzeja Borowskiego. 

Pogubił się pan kiedyś w liczeniu swoich goli?

Nie, bo zawsze skrupulatnie prowadziłem statystki, wcześniej mama pomagała mi gromadzić wycinki z gazet. Mam je do dziś. Czasami były wątpliwości, ale wynikały one z tego, że nie wiadomo było, czy zaliczyć bramkę mi czy obrońcy, od którego odbiła się piłka. Moim zdaniem w ogóle nie powinno być takich samobójów po rykoszetach, ale mniejsza z tym. Jest tu taki zagorzały fan, który też liczył te bramki. Kiedyś próbował mnie przekonać: „Andrzej, ty dla Chojniczanki strzeliłeś równo 500”. Trochę się sprzeczaliśmy, ale wzięliśmy notatki, porównaliśmy i potrafiłem mu udowodnić, że jednak nie.

Wśród tych 640 bramek jest jedna, która jakoś szczególnie utkwiła panu w pamięci?

Tak, z Janikowem w Chojnicach. To był rzut wolny z okolic koła środkowego. Ostatnia minuta pierwszej połowy, prowadziliśmy 1-0, więc kolega mówi do mnie: „Andrzej, wypiernicz tak, żeby już nie rozpoczęli od bramki”. Oni nawet muru nie ustawiali. Chciałem kopnąć byle dalej, a wpadła idealnie w okienko od poprzeczki. Nie do końca wiem, jak to się stało. Na meczu był ktoś ważny, bo musiał, chyba wojewoda, ale później powiedział, że dla takiej bramki warto było specjalnie przyjechać do Chojnic. Pamiętam też gola z Rumią. Posadziłem kilku na dupie i wjechałem do pustej. Wszystkich zwodem na zamach, to była specjalność zakładu! Ta bramka jest gdzieś w internecie, można poszukać. I dobrze, bo większość moich goli do najpiękniejszych nie należała.

Dobijanie i do pustaka?

Zawsze porównywano mnie do Gerda Muellera, bo grałem w bardzo podobny sposób. Byłem królem pola karnego, rzadko strzelałem spoza szesnastki. Całe życie na granicy spalonego! To zawsze denerwowało kibiców. Prezes Chojniczanki Jarek Klauzo w kibicowskich czasach wkurzał się, że paliłem pięć razy w meczu. Ale ja zawsze wychodziłem z założenia, że lepiej dać się pięć razy złapać, a za szóstym uniknąć pułapki, niż w ogóle nie dochodzić do sytuacji. Dlatego dziś gdy prowadzę zespół w Karsinie, nie potrafię napastnika ochrzanić za zmarnowane sytuacje. Szybciej dostanie pochwałę za to, że się w nich w ogóle znalazł. To dla napastnika kluczowe – wolę takiego, który coś spierniczy, ale przynajmniej podejmie ryzyko. Bo jeśli ktoś gra alibi lub brakuje mu egoizmu i oddaje piłkę, to dla mnie nie jest napastnik. Ja strzelałem głównie z metra, z dwóch, z siedmiu, ale zawsze potrafiłem się znaleźć i dobić. Albo to nawet w zasadzie piłka sama znajdowała mnie. Uważam, że to coś, czego nie można się nauczyć, ten instynkt po prostu trzeba mieć. Tak naprawdę to dziś wyróżnia Roberta Lewandowskiego spośród zawodników, którzy czasami są nawet lepsi piłkarsko.

CAŁY WYWIAD TUTAJ

Biuro Prasowe MKS „Chojniczanka 1930” SA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sponsorzy Platynowi

Sponsorzy Złoci

Sponsorzy Srebrni

Patroni Medialni

Sponsorzy Brązowi